Agata Jarosławiec
Nagranie dźwiękowe – Teresa Jarosławiec.
Transkrypcja:
Wszyscy myślą, że to z powołania tam się idzie, czy co. Różnie, z wyboru. Uważałam, że to jakiś najlepszy taki zawód, że zawsze praca po tym będzie, nie. Była pewna praca po zakończeniu tej szkoły. Ojciec mi tam podpowiedział to, żeby pójść do szkoły pielęgniarskiej, bo pielęgniarki, praca pielęgniarki jest bardzo taka dobra, potrzebna. On był w sanatorium i mu bardzo się to podobało, ta praca (śmiech).No ale nie wszystkie będą pracować znowuż w sanatorium, nie. No tak, była potrzebna bardzo. Pomagało się, wiesz, pacjentom w różnych tam sprawach, sytuacjach, chorobach.
W szpitalu pracowałam na bloku operacyjnym, to tylko byłam tam instrumentariuszką, nie. Przygotować, sprzątnąć i przy zabiegu też podawanie narzędzi, to wszystko. A przy pacjencie to później, nie. Prawie 14 lat przepracowałam na bloku operacyjnym. No ale w czasach takich, gdzie się chodziło do cięć cesarskich, chodziło się do zabiegów ginekologicznych. Chirurdzy operowali razem z tymi ginekologami te zabiegi ginekologiczne i oprócz tego były jeszcze zabiegi kostne. A teraz to nie wolno im tego robić, bo muszą robić to ortopedzi. A wtedy chirurdzy wszystko robili. Instrumentariuszki chodziły i do zabiegów ginekologicznych, do drugiego budynku, wiesz. Się biegało noc nie noc po schodach na tamtą salę ginekologiczną, a tu chirurgiczną. A oprócz tego trzeba było robić opatrunki jeszcze i załatwiać ambulatorium jeszcze chirurgiczne. Teraz już tego nie ma, kiedyś to wszystko się trzeba było robić. Inne były te metody tego leczenia, byli pacjenci różni.
Jedni doceniali tą naszą pracę, a inni to… niektórzy starsi to im się to wszystko tak należało. I pacjenci niektórzy złe mieli zdanie o służbie zdrowia w ogóle, o pracy pielęgniarek. Już nie będę nawet mówić o tym (śmiech).Może źle się wyrażali niektórzy. A bo i pielęgniarki też były różne. Jedna była, wiesz, bardziej do pacjentów, a inne to były bardziej opryskliwe i krzyczały trochę. To może nie krzyczały, ale… Pielęgniarka to musiała wiesz wykonywać wszystko to, co lekarz ci każe. Kiedyś było tak, że schował mi, ginekolog schował narzędzie. Chciał sprawdzić, czy mam narzędzia policzone. Przypiął do prześcieradła pod stołem operacyjnym. A myśmy się tyle naszukały, to było gdzieś w nocy jakiś zabieg, cięcie chyba. A on chciał wiedzieć, czy my to znajdziemy, czy coś.
Na początku było to dużo lepiej. Było tak, że czasami jak przywozili dużo osób z wypadków, czasem dzieci takie, to najbardziej mi tak szkoda było. Takich wiesz jak oparzenia jakieś tam, dużo było takich urazów. Na przykład po sylwestrze ręce takie pokaleczone, to dużo było takich różnych. Później ci pacjenci przychodzili na opatrunki. Wszystko było w poradni, w ambulatorium. Wcześniej było w ambulatorium chirurgicznym, później było do poradni…. ci wszyscy z ambulatorium później przychodzili do poradni chirurgicznej nie. No to wtedy tych dzieci, to biedne takie.
Z lekarzami to różnie się układało, zależy też jaki lekarz. Jeden był bardziej taki i cię szanował, a inny to opryskliwie i wrzasnął albo coś tam. Ale raczej tam można było się jakoś z nimi dogadać. No ale nie wszyscy cię tam szanowali. Był… młodsi lekarze, a trzeba było mówić „panie doktorze”, a on do ciebie mówił per „ty”. A ileś tam lat młodszy ode mnie. No nie wszyscy, ale… Pielęgniarki kobiety mają lepsze podejście do tych pacjentów. No nie wszystkie, ale większość raczej jest. Dużo jest osób takich, wiesz, z powołania naprawdę. Mężczyźni to tak, nie są chyba tak do tego stworzeni (śmiech). Bardziej kobiety się nadają, bo bardziej są opiekuńcze, a mężczyźni to raczej nie. Oni bardziej do pomocy takiej przy pacjencie, żeby podnieść coś, pacjenta odwrócić, wiesz. A pielęgniarka to już czy umyć, czy przebrać, nie, takiego leżącego obłożnie. To jest praca potrzebna i coraz mniej jest tych pielęgniarek i jest mniej szkół takich, które kształcą. Pielęgniarki liceów już w ogóle nie ma. No co, można było tylko, wiesz, po tego ich porozmawiać, pocieszyć, czy coś tam. Czasem coś tam się dało, jakiś bandaż dziecku, jakąś strzykawkę taką, wiesz, zapakowaną. Nie, o sobie kto to tam myślał, raczej nie. Jak się, wiesz, raczej o pacjentach się myślało, a co tam ja.
Czasem przychodzili, wykrzykiwali. Czasem przychodzili pijani, ohoho, wykrzykiwali, czy w poradni ciągle im tam coś nie pasowało, albo kolejka, albo, wiesz, jeden szybciej wszedł, drugi później, to już, wiesz, krzyki były. No, jeszcze czasem kogoś trzeba było, wiesz, wziąć tak, żeby lekarz nie widział, żeby wziąć go na opatrunek tylko. No, to już tam się później oberwało, wiesz, i od lekarza, i od pacjenta, bo lekarz zaczął krzyczeć, wiesz. Co my to robimy, dlaczego, wiesz, pacjenta wcześniej się wzięło, czy coś tam. No, bo to jak tylko na sam opatrunek to można było wziąć, ale to nie, że my decydowałyśmy, to musiał lekarz zadecydować, a nie pielęgniarka. I nic, nie odezwać się do lekarza, za chwilę, wiesz, przychodziło to wszystko, jakoś się uspokoiło, nie. I lekarz dał sobie spokój, i jak zobaczył, że się ktoś nie odzywa do niego (śmiech), to, no bo wiesz, sam zawinił, no. A później coś mu trzeba było, coś mu potrzebne było, a wiesz, ta pielęgniarka mu była potrzebna do czegoś tam, nie. Do następnej jakiejś pracy, którą on powinien robić, a właściwie myśmy to robiły. Czy zakładanie gipsów, przecież to lekarz powinien robić, a robiłyśmy to my, pielęgniarki.
Ktoś musi pójść na ten, robić to pielęgniarstwo, ale, bo naród się starzeje, nie. Coraz więcej jest starszych osób, a młode to nie chcą iść do tych szkół, bo to wiedzą, co to, co to znaczy. Pacjentów, a różnie oni, wiesz, reagują i, no, byli tacy też pacjenci, wdzięczni, podziękowali, wiesz, jeszcze kawę ktoś przeniósł, czekoladkę (śmiech). Niektórzy pacjenci jeszcze są zadowoleni, jak przychodzą dziewczyny ładne, młode, zgrabne, no. Od razu lepiej się czują i szybciej dochodzą do zdrowia (śmiech). Jeszcze, jak, wiesz, uśmiechnie się, coś zagada, zażartuje, no i tak też bywa. No, swoją pracę lubiłam bardzo.
Nagranie dźwiękowe – Krystyna Połom, pielęgniarka.
Nazywam się Krystyna Połom, mam lat 94. Pracowałam w Kocborowie 11 lat, w Starogardzie, a 31 lat na Srebrzysku. Najbardziej rozpacz mnie ogarniała, jak przywozili dziesięcio-, dwunasto-, piętnastolatków. Wtedy bardzo przeżywałam, choć to nie były moje dzieci, ale i w tym zawodzie się nie płacze… A ja płakam, nie tylko ja, lekarze też. Trzeba być twardym, trzeba się opiekować chorymi. Chory nie może ciebie zobaczyć smutny. Bo on jest po to… co się dzieje, jeżeli opiekunka, siostra, pielęgniarka jest smutna, płacze, łzy jej lecą. To co się dzieje? Oni zaraz pytają.
Ja prowadziłam oddział dziecięcy. To jest straszne. Trochę trzeba psychologii znać, żeby się umieć jakoś zachować. Trzeba potem pamiętać, co się mówiło wczoraj, żeby jeszcze dzisiaj to powtórzyć. Przecież to trzeba jeszcze na drugi, na trzeci dzień powtórzyć, bo pacjent nie jest taki tępy. Mężczyźni nie lubią ciężko pracować. To jest bardzo ciężki zawód. To Angielka wprowadziła zawód pielęgniarki do zawodu ludzkości, bo to była usługa, tylko usługa. Pracowałaś 24 godziny, spałaś z chorymi. Przecież to po wojnie było tak, na psychiatrze.
Przychodziłam do pracy. Przede wszystkim było pierwsze – rozłożenie leków. Zmierzenie temperatury, ciśnienia, to było ważne. No i rozdanie jedzenia. Po śniadaniu rozdanie leków. A potem zabiegi, czy tam były opatrunki, czy były jakieś masaże, czy się szło na rentgen, czy były odmy robione, czy były badania sądowe, bo to jeszcze jest oddział podsądny. Czy się czekało na jakąś wizytę profesora, na obchód.
Mojej koleżance wyskoczył pacjent z czwartego piętra i się zabił. Mojej koleżance na innym oddziale. I chyba ze trzy nas było i chciałyśmy odejść. I miałyśmy dobrą pracę, dobrą pracę. Ale, no wiesz, lekarze wezwali, dyrektor tłumaczył, prosił. No i nie odeszłyśmy. Ja byłam chyba z pięć razy u dyrektora na rozmowie. Po tej sytuacji, żebym nie odeszła. Gdzie pani pójdzie? Gdzie pani lepiej zarobi? Gdzie pani będzie lepiej? Kto będzie panią szanował tak jak my? Bałam się, że na czwartym piętrze pracujemy, nie mamy krat. Były zawsze szpitale okratowane. A wtedy zrobili na styl angielski i nie były okratowane. Teraz są okratowane.
Nie tylko słuchali, ale pytali, rozmawiali. Zapraszali do gabinetu historii, czy jakieś dekursusy pisali, czy coś. Nie tylko ze mną, ale z pielęgniarkami. Mieliśmy szacunek, każda do siebie, nawet do salowej. Nawet salowa wołałyśmy na kawę, jak piłyśmy z lekarzami czy coś. No słuchaj, żeby nie poniżać ich, że my osobno, wy osobno. Nie, nie, nie. W tych latach, co ja pracowałam, to jeszcze był tak, wiesz, jak po wojnie szacunek dla każdego.
Ja prowadziłam insulinę ze śpiączki. I jak mój pacjent przyszedł po 16 latach, to była największa moja radość, że moja praca 16 lat. Pacjent nie wracał, bo niektórzy po pół roku. Niektórzy, wiesz, choroba wracała i pacjent wracał. Leków nie brał po prostu.
Myślisz, że my nie płakałyśmy, jak się Krzysiu pod Wrocławiem z pociągu wyskoczył i zabił. Miał 28 lat, inżynier. Nasz pacjent, urodziwy, piękny chłopak. I mówił do mnie, na mnie mówił. Ja dostałam taka książkę od niego i mówił, siostro, jadę tramwajem, ni stąd, ni zowąd. Odbiło mnie, szarpię, krzyczę, zaczepiam. Myślisz, że ja nie jestem człowiekiem? Ja se zdaję sprawę, co się ze mną dzieje. A nie umie opanować. Pacjenci mnie tu nawet odwiedzali czasami, niektórzy. Dostawałam i prezenty i kwiaty. Tak, ja bardzo lubiłam, no lubiłam swoją prace, o tak.
Jak w szkole uczyli, przed drzwiami trzeba było sobie powiedzieć: „Mocno trzymaj zęby, żeby za dużo nie powiedziała. To jest psychiatra”, to jest, wiesz. A taka ci powiem, taka byle jaka historia. Czterech milicjantów przyprowadziło pacjenta. Ja otworzyłam drzwi, ja. Ja otworzyłam drzwi w nocy, miałam noce. Kajdanki zdjęli pacjentowi i wpuścili nam. A pacjent do mnie mówi tak, siostro, my sobie poradzimy. Niech idą te gliny. To było największe zdarzenie w mojej pracy, bo były i bicia i najróżniejsze, wiesz. Ich pasje wiązanie i krępowanie, no wiesz, jak na psychiatrze. Byli pacjenci krępowani i to parę tygodni niektórzy leżeli w kaftanach bezpieczeństwa. Jak pracowałam w Kocborowie, to przez taką piętnastolatkę dziewczynę, ona krzyczała, że nie mam szkoły, nie mam rozumu i nie wiem, co to znaczy być młodym. I ona mnie ugryzła. Miałam chyba z 20 lat ślad. Wiesz, tutaj ugryzienia, tu w pierś mnie ugryzła. A tak nie, to jeden, jedyny raz przez te 40 lat. Lekarz zadzwonił, że bardzo jest bujna, że jest głośna, że jest bardzo podniecona, że będzie ciężko. No ale nas było dwie, a milicjantów było czterech. Ale jakoś tam sobie poradziłyśmy. Ona potem była moja taka, wiesz, sprzyjaźniła się ze mną. Taka Małgosia tu przychodziła do mnie. Miała samochód, przyjeżdżała.
Wiesz, tak szczerze, to taki był przymus. Mój tata chciał, żebym poszła na prawo. Tak bym nie mogła, było nas za dużo, żeby iść do szkoły. Trzeba było iść tam, gdzie dali internat, jedzenie i pracę. Byłam uczciwa, ja bardzo byłam uczciwa, ja bardzo uczciwie pracowałam. Sama to o sobie mówię. Byłam naprawdę uczciwa. Zawsze zdawałam sobie sprawę, że każdego ten los może psychicznie spotkać. Bo to nie jest choroba serca czy wątroby, czy płuc, czy czegoś. To jest choroba umysłu. A nie mają na to leków. Do dziś nie mają, nie wiedzą, skąd jest schizofrenia. No nie wiedzą. To był mój wybór. To ja wybrałam sobie. Doszłam do wniosku, że jak cię angażują, to ciebie namawiają. Tłumaczą, mówią.
Ja byłam wysoka tęga. Miałam metr sześćdziesiąt tam osiem, a ważyłam siedemdziesiąt trzy kilo. Ja pamiętam swoje przyjęcie do pracy. Wszystkie pielęgniarki na psychiatrze, te wszystkie są… No teraz nie wiem, nie wiem. Przecież kupę lat nie pracuję, ale były wszystkie. Wysokie, jak to mówił pacjent. Kobieta nie jest przystojna, ale wy wszystkie jesteście przystojne. Wysokie, dobrze zbudowane. Czy tam Stasia, czy ja, czy… No wszystkie, wszystkie. Od takich Litków-Cimanowskich, to tam było ze trzy biedy. Mieli konferencje, mieli swoje szkolenia, mieli spotkania. Spotykali się, omawiali. Dużo było chorych podsądnych. No i co ci powiedzieć, no psychicznie chorzy. Ja mam nawet jeszcze tam do dziś. Pomowa wam powie. Pan doktor trzy dni nie da rady oddziału prowadzić, a ja dwa tygodnie dam radę. Tak mówiłam i tak zostało. Do dziś to powtarzają. Pomowa wam powiedziała, że trzy dni lekarz nie pociągnie oddziału, a ona dwa tygodnie pociągnie bez lekarza. Po pielęgniarkach też zostają różne, wiesz, takie anegdotki i tak wspomnienia. Nie, ja przede wszystkim miałam szacunek. Mnie szanowali, o tak powiem ci. Czy to był Bystrzanowski, czy to był ktokolwiek, jaki Bukowski czy nie Bukowski. Lekarze. Aa o kobietach tu już nie mówię. Przecież Targońska do dzisiejszego dnia. Jak mam teraz u Zegarskich, to Targońska, jeszcze pytała się jak ja się czuję, co słychać, czy coś potrzebuję. Mówię, że nie, mam rodzinę, nie potrzebuję niczego.
Ja myślę, że tak. Że rodzinie to się tłumaczy i się mówi jeszcze tydzień, jeszcze dwa i będzie dobrze, dobrze się zanosi, leczenie jest, dobrze idzie. Wiesz, no tak, nie umiem się wyrażać. Dawałyśmy im leki, tłumaczyłyśmy jak mają dawać, jak mają tych chorych w domu, żeby jak najdłużej w domu. Żeby nie mówić, że ty wariat, przede wszystkim psychicznie nastawić się do chorych, nigdy nie mówić słowa: ty głupku, ty wariat. W domu rodzina powinna się bardzo, bardzo pilnować.